Tygodnik Milicki

Blisko Ciebie, blisko Twoich spraw

Milicz

MCM i niedobry burmistrz

Email Drukuj PDF

Milickie Centrum Medyczne zakończyło ubiegły rok ze stratą finansową w wysokości 1,44 mln zł. Prognozowane zadłużenie na koniec 2013 r. ma wynieść 700 tys. zł. Jak twierdzi prezes spółki Maciej Biardzki, spółka powoli wychodzi na prostą, jednak stoją przed nią poważne zagrożenia, między innymi burmistrz gminy Milicz.
W czwartek 25 kwietnia odbyło się posiedzenie powiatowej komisji społecznej, podczas którego Maciej Biardzki, prezes MCM-u, przedstawił radnym prezentację multimedialną dotyczącą działalności spółki. Na posiedzeniu pojawili się też radni Rady Miejskiej w Miliczu Ryszard Lech i Wojciech Wencek. Podczas spotkania wywiązała się gorąca dyskusja dotycząca zagrożeń, przed jakimi obecnie stanęła spółka. A mianowicie rozmawiano o drastycznych stawkach za śmieci, jakie będzie musiało płacić MCM od 1 lipca oraz o nieumorzonym spółce przez burmistrza gminy podatku i bezpłatnym użytkowaniu pomieszczeń szpitalnych przez PZZLA.

Co zrobić z tym burmistrzem?
Kontynuując rozpoczęty temat, starosta Piotr Lech stwierdził, że nie tylko problem stawki za śmieci, ale też decyzja burmistrza Pawła Wybierały o nieumorzeniu spółce podatku od nieruchomości w wysokości 59 tys. zł może doprowadzić spółkę do poważnych zagrożeń. – Suma tych zdarzeń może spowodować bardzo niepokojące zmiany w spółce – mówił starosta. Z kolei prezes Biardzki przyznał, że bardzo doskwiera mu konflikt na linii spółka – gmina Milicz. – Przypomnę o gminnej przychodni PZZLA, która nie płaci spółce za dzierżawę pomieszczeń. Jestem zmuszany te sprawy załatwiać drogą sodową. Powiem tak: jeżeli ktoś mieszka u kogoś w domu, to powinien płacić – odparł Biardzki, przypominając obecnym na spotkaniu radnym miejskim, że jego propozycja likwidacji PZZLA i przeniesienia jego działalności do struktur MCM-u jest nadal aktualna.
Wyraźnie poruszona radna Halina Niedbała zaproponowała, aby radni wystosowali petycję do burmistrza Pawła Wybierały, dotyczącą wysokości stawek za śmieci oraz obniżenia podatku spółce o 50 proc. Propozycję radnej poparł radny Leon Patkowski. – Musimy coś zrobić, aby mieć wpływ na burmistrza, aby przekonać go, że szpital jest dobrem wszystkich mieszkańców powiatu milickiego. Przecież burmistrz mógł umorzyć spółce ten podatek – mówił Patkowski. Wątpliwości co do wpływu radnych powiatowych na burmistrza miała radna Dorota Folmer. – Jaki my możemy mieć wpływ na burmistrza? Uważam, że żaden. Dlatego zwracam się do radnych stowarzyszenia DŚ XXI, gdyż burmistrz jest waszym wiceszefem – apelowała. To zdenerwowało radnych opozycyjnych i w odpowiedzi  Krzysztof Gracz i Krystyna Patalas poinformowali, że należą do klubu radnych DŚ XII, a nie do stowarzyszenia i burmistrz nie jest ich szefem. – Poza tym trzeba pamiętać, że w sprawie wysokości stawek za śmieci to Rada Miejska podejmie ostateczną decyzję, a nie burmistrz. I z tego co widzę, to rada decyduje tam już dosłownie o wszystkim  – stwierdził radny Gracz. Na zakończenie Grażyna Nowak-Zalewska, przewodnicząca komisji społecznej, poinformowała, że w imieniu radnych skieruje do burmistrza pismo dotyczące odbioru śmieci.

Jest dobrze
Funkcjonująca od połowy 2011 roku, oddłużona szpitalna spółka MCM na koniec 2011 roku przyniosła 1,44 mln straty. Rok 2012 zakończył się stratą w wysokości 1,2 mln zł, a prognozowany wynik finansowy za rok 2013 to ok. 700 tys. zł straty. Jak mówił prezes Biardzki, te liczby mówią jasno, że od chwili przekształcenia milickiego szpitala w spółkę MCM wychodzi powoli na prostą. Z wykresów przedstawionych przez niego na tablicy multimedialnej wynikało, że przychody spółki powoli rosną, a koszty działalności się zmniejszają. Jak informował, w szpitalu przez ten czas zaszło wiele zmian organizacyjnych i inwestycyjnych. W sierpniu 2012 roku została powołana spółka publiczno-prywatna Medica Milicz, która przejęła pod swoje skrzydła pierwszy segment działalności szpitalnej – stację dializ. – Zyski za trzy miesiące jej działalności wyniosły 118 tys. zł – informował Biardzki. Od listopada 2012 roku w szpitalu działają poradnie: reumatologiczna, rehabilitacyjna, fizjoterapii oraz ambulatoryjna. Przywrócono też nocną opiekę zdrowotną i zakontraktowano usługi transportu sanitarnego. Wprowadzone zostały osobne budżety dla poszczególnych oddziałów, którymi zarządzają kierownicy. Utworzono drugie stanowisko rejestracji i wprowadzono rejestrację pacjentów na godziny i wg numerków. Nadto od grudnia 2012 roku działa elektroniczny monitoring czasu pracy, a od stycznia 2013 roku – system identyfikacji pacjentów za pomocą opasek wyposażonych w kody paskowe. MCM sukcesywnie też wymienia i uzupełnia sprzęt komputerowy. Zakupiono m.in.: 27 komputerów stacjonarnych (w tym siedem sfinansował powiat milicki), dwa tablety, 10 drukarek oraz jeden skaner. Spółka podpisała też umowę wstępną kupna działek od Fundacji na rzecz Ziemi Milickiej za kwotę 2,5 mln zł, zrealizowano również podwyżki dla pielęgniarek, co kosztowało szpital w skali roku 800 tys. zł – mówił Biardzki. Jak dodał na koniec prezentacji, jednym zagrożeń dla funkcjonowania spółki jest kwestia ustawy „śmieciowej”, która wejdzie w życie w lipcu, a która narzuca samorządom obowiązek wyznaczenia nowych stawek za wywóz śmieci. – Uchwała Rady Gminy wprowadza drastyczny wzrost stawek za odbiór śmieci. W 2012 roku spółka zapłaciła za śmieci 47 tys. zł, a w 2013 roku ma płacić 278 tys. zł. MCM na to nie stać, dlatego mamy propozycję podmiotowego wyłączenia spółki spod działania prawa miejscowego – mówił Biardzki.

O odniesienie się do obrad komisji poprosiliśmy burmistrza Pawła Wybierałę
Absurdalność zarzutów prezesa Biardzkiego i starosty Lecha sięga niebios. Szpitalna spółka wciąż w szybkim tempie zadłuża się. Fundacja, która miała spłacać dług szpitala, po wyprzedaży majątku nie ma już żadnych pieniędzy, więc sprzedaje swój majątek  zadłużającemu się szpitalowi. Kiedy i te pieniądze się skończą nie będzie za co spłacać zaciągniętego kredytu. Jasno to stwierdził były już prezes fundacji Paweł Herl. W tej sytuacji pan starosta Lech i prezes Biardzki, a także Zarząd Powiatu za winnego uznają burmistrza gminy, który nie umorzył MCM-owi całych 59 tys. zł podatku od nieruchomości.
W 2010 roku razem z panem wójtem Mirosławem Drobiną proponowaliśmy Radzie Powiatu stworzenie realnego systemu wsparcia finansowego szpitala przez gminy i wpisania w budżetach odpowiednich kwot. Wtedy jednak nikt z obecnych członków Zarządu Powiatu nawet nie odpowiedział na tę propozycję. Dziś pogubiłem się już w pomysłach starosty dotyczących szpitala i gdy w lokalnej prasie czytam o kolejnych operacjach przelewania z pustego w próżne (między fundacją a szpitalną spółką), które to, co z całą  ogłasza pan Lech, mają wygenerować miliony na spłatę zadłużenia, to naprawdę niepokoję się o przyszłość tej placówki.
Dlatego warto jednak przypomnieć, że pan Lech już drugą kadencję odpowiada za milicki szpital, w tym czasie nie udało się osiągnąć podstawowego wymogu koniecznego do uratowania szpitala, czyli zbilansować bieżącej działalności. Szpital wciąż się zadłuża, powiat nie dokapitalizował spółki MCM w ustalonej wcześniej wysokości, a operacje finansowe z parabankiem Magellan kosztowały mieszkańców naszego powiatu blisko milion zł. W tym samym czasie na majątku szpitala zakładana jest spółka z udziałem prywatnej firmy, czego nikt oficjalnie nie wytłumaczył.
Zestawiając to wszystko z desperacją, z jaką pan Lech usiłuje wskazać innych, jako winnych sytuacji spółki MCM, można jedynie się domyślać jak trudna jest w rzeczywistości sytuacja milickiego szpitala, bo podobnie jak w przypadku Dromilu, oficjalne wypowiedzi pana starosty od dłuższego czasu przyjmuję z rezerwą.

IMG_5984

Milicka Rada Biznesu dzieciom

Email Drukuj PDF

17 kwietnia Milicka Rada Biznesu przekazała Parafialnemu Zespołowi Caritas działającemu przy Parafii pw. św. Andrzeja Boboli w Miliczu kwotę 10 520 zł na zorganizowanie wypoczynku letniego dla dzieci z najuboższych rodzin. Pieniądze te zostały zebrane podczas I Balu Charytatywnego zorganizowanego przez MRB w styczniu tego roku. Dodatkowe 300 zł na ten cel w imieniu Stowarzyszenia Kupców Ziemi Milickiej przekazał Janusz Juchnowicz. Dzieci, które skorzystają z wypoczynku dofinansowanego przez MRB, zostaną wytypowane przez Ośrodek Pomocy Społecznej w Miliczu.
Decyzję w sprawie przekazania środków członkowie Milickiej Rady Biznesu podjęli w trakcie swojego spotkania, które odbyło się w czwartek 11 kwietnia.
Rada_biznesu
Foto: Przewodniczący MRB Bogusław Piechota przekazuje Krystynie Ugorek z milickiego Caritasu symboliczny czek na 10 520 zł.

MSPDiON pod kontrolą

Email Drukuj PDF

Inspekcja Transportu Drogowego wzięła pod lupę Milickie Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci i Osób Niepełnosprawnych. Kontrola prowadzona przez ITD ma na celu sprawdzenie, czy stowarzyszenie może przystępować do przetargów na przewóz osób. Jak powiedział nam Dariusz Moczulski z Wydziału Zarządzania Rozwojem Urzędu Miejskiego w Miliczu, kontrola ta jest pokłosiem ogłoszonego przez gminę przetargu na dowóz dzieci niepełnosprawnych do szkół.
Przypomnijmy, że ogłoszony na przełomie roku przetarg wzbudzał liczne emocje u części rodziców, których dzieci miały być przewożone przez firmę Andrzeja Krzyżoszczaka z Jutrosina. Firma ta zaproponowała niższe niż MSPDiON stawki za dowóz dzieci, więc początkowo to ona miała realizować dowozy na trzech trasach. Zdaniem grupy rodziców pojazdy przewoźnika były jednak niedostosowane do realizowania takich usług. Ostatecznie gmina podpisała z jutrosińską fimą umowę na dowóz dzieci na jednej z trzech tras. Pozostałe obsługuje flota pojazdów należących do stowarzyszenia.
Biorąc pod uwagę głosy rodziców, gmina zleciła inspekcji sprawdzenie pojazdów należących do obu przewoźników. Jutrosińska firma przeszła tę kontrolę kilka miesięcy temu, teraz trwa ona w MSPDiON-ie.

Nieformalne reklamacje były, ale nie na taką skalę

Email Drukuj PDF

W poniedziałek 15 kwietnia w procesie radnego powiatowego Arkadiusza K., który toczy się w milickim sądzie, został przesłuchany pierwszy świadek powołany przez obronę – były pracownik Nadleśnictwa Żmigród Bronisław M. W trakcie przesłuchania świadek zeznał, że stosowanie nieformalnych reklamacji było często praktykowane w Nadleśnictwie Żmigród.
15 kwietnia odbyła się kolejna odsłona procesu przeciwko radnemu powiatowemu i podleśniczemu Leśnictwa Ujeździec Arkadiuszowi K., który toczy się w milickim sądzie od ubiegłego roku. Oskarżony  ma postawiony zarzut kradzieży 82,8 kubika drewna sosnowego o wartości ponad 30 tys. zł z obrębu Gruszeczka w Leśnictwie Ujeździec Mały. W trakcie rozprawy sędzia Paulina Krzemińska przesłuchała świadka obrony Bronisława M., wieloletniego podleśniczego i leśniczego leśnictw w Nadleśnictwie Żmigród, aktualnie pracującego w spółce Stawy Milickie.

Nieformalne reklamacje załatwiałem wielokrotnie
Podczas przesłuchania Bronisław M. zeznał, że w swojej blisko 25-letniej pracy  spotkał się kilkakrotnie z nieoficjalnym załatwianiem reklamacji. – Osobiście nieformalne reklamacje załatwiałem kilkakrotnie, w tym raz na wyraźną sugestię nadleśniczego Wrońskiego, który z pewnością wiedział o podobnych praktykach – zeznał Bronisław M. Jak dodał, jego koledzy leśniczowie także załatwiali w ten sposób reklamacje. Twierdził on, że taka praktyka była korzystna i dla przedsiębiorcy, wobec którego nie stosowano skomplikowanych procedur, i dla leśniczego, który nie narażał się na kary ze strony nadleśniczego. Również dla nadleśnictwa był to korzystny proceder, gdyż w wykazach dla regionalnej dyrekcji nieformalne reklamacje nie były wykazywane i tym samym nadleśnictwo mogło pochwalić się niewielką liczbą reklamacji. W trakcie dalszego przesłuchania obrońca Arkadiusza K. pytał świadka, dlaczego jego zdaniem poprzedni świadkowie zaprzeczali istnieniu praktykowania nieformalnych reklamacji. Bronisław M. podkreślił, że trudno się spodziewać, iż czynni pracownicy Lasów Państwowych przyznają się do działania wbrew obowiązującym przepisom. – Nie jestem już pracownikiem tej instytucji, więc nie obawiam się sankcji ze strony pracodawcy – mówił świadek.

Ale nie wagon drewna...
Przedstawiciel Nadleśnictwa Żmigród, adwokat Marcin Gajewski,  zapytał wobec tego, czy świadek słyszał kiedykolwiek o nieoficjalnej reklamacji ponad 80 kubików drewna. W odpowiedzi mężczyzna przyznał, że nigdy nie spotkał się z czymś takim i nie wyobraża sobie reklamacji na taką skalę. – To jest przecież wagon drewna. Tylko raz mi się zdarzyło w ramach nieoficjalnej reklamacji wysłać kilkanaście drzew, w pozostałych przypadkach były to pojedyncze sztuki. Nigdy też nie spotkałem się z przypadkiem nieformalnej sprzedaży drewna – zeznał. Na pytanie adwokata Mariusza Warzyńskiego, obrońcy oskarżonego, czy świadek wie coś o istnieniu konfliktu Arkadiusza K. z jego pracodawcą, przyznał, że wszyscy leśniczowie wiedzieli o tym. – W nieoficjalnych rozmowach z moimi kolegami mówiło się, że nadleśniczy Wroński kazał znaleźć „haka” na Arkadiusza K., aby mógł go zwolnić z pracy. Jednak nie jestem w stanie przypomnieć sobie, kto o tym do mnie mówił – zaznał Bronisław M.

Wizja lokalna w tartaku w Praczach
Po przesłuchaniu świadka sędzia Paulina Krzemińska poinformowała, że w dniu rozprawy wpłynął do sądu wniosek dowodowy obrony o przesłuchanie w charakterze świadków trzech osób: właściciela zakładu drzewnego oraz dwóch byłych pracowników Nadleśnictwa Żmigród: Tadeusza Sz. i Andrzeja Sz. Jak argumentowała obrona, są to świadkowie istotni, gdyż byli oni związani z leśnictwem, a aktualnie nie pracują już dla Lasów Państwowych. – Do tej pory świadkowie powołanymi przez prokuraturę albo byli pracownikami leśnictwa, albo osobami powiązanymi z nim w sposób gospodarczy. – Jedyną szansą na pokazanie równoległej rzeczywistości jest przedstawienie świadków, którzy nie mają obciążeń wobec swojego pracodawcy i którzy mogą potwierdzić stosowanie nieoficjalnych reklamacji – mówił obrońca oskarżonego. O oddalenie wniosku dowodowego obrony wnioskował przedstawiciel Nadleśnictwa Żmigród, który stwierdził, że nie ma równoległej rzeczywistości. – Są pracownicy, którzy akceptują łamanie zasad, i pracownicy, którzy przestrzegają zasad. Obrona powołuje świadków, którzy są bardzo skonfliktowani z byłym nadleśniczym. Tak naprawdę będzie to omawianie historii niezwiązanych z zarzutem postawionym Arkadiuszowi K. – mówił mecenas Marcin Gajewski. Jego zdaniem jest to celowe działanie oskarżonego w celu przedłużenia procesu, aby mógł korzystać nadal ze swojego przywileju radnego powiatowego. – Wiem, że o wyrażenie zgody na zwolnienie oskarżonego z pracy do Rady Powiatu wystąpili jego pracodawcy z Nadleśnictwa Żmigród. Rada Powiatu bez żadnego uzasadnienia nie wyraziła na to zgody – mówił Grajewski.
Ostatecznie sędzia nie rozpatrzyła wniosku obrony, ustaliła natomiast na 14 maja termin przeprowadzenia wizji lokalnej w tartaku w Praczach. Poinformowała również, że na kolejnej rozprawie, która odbędzie się już po wizji lokalnej, zostaną przedstawione opinie kilku biegłych powołanych przez sąd. – Jeżeli sąd uzna potrzebę przesłuchania kolejnych świadków, to zostaną oni przesłuchani; jeżeli nie, to wniosek obrony zostanie oddalony i tym samym będziemy sprawę kończyć – powiedziała na zakończenie sędzia P. Krzemińska.

****
Z różnych względów istotną dla sprawy może informacja, że w czwartek 14 marca dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych we Wrocławiu Grzegorz Pietruńko odwołał Przemysława Wrońskiego ze stanowiska nadleśniczego Nadleśnictwa Żmigród. Powodem odwołania była „negatywna ocena jego pracy na stanowisku nadleśniczego”.
Oskarżony Arkadiusz K., mimo że od czasu rozpoczęcia procesu, tj. od sierpnia ubiegłego roku,  nie uczestniczy w żadnych posiedzeniach Rady Powiatu, przez cały ten czas pobiera dietę radnego -  średnio 1000 zł miesięcznie.  Za zorganizowanie przestępczego procederu grozi mu kara więzienia od 3 miesięcy do 5 lat. Podczas poprzednich rozpraw Arkadiusza K. obciążyli swoimi zeznaniami m.in. były nadleśniczy Nadleśnictwa Żmigród, specjalista ds. użytkowania lasu z Nadleśnictwa Żmigród, pracownik nadzoru gospodarki drewna Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych we Wrocławiu, leśniczy Leśnictwa Ujeździec, strażnicy leśni oraz właściciel tartaku w Praczach.

Wywiad z P.Herlem

Email Drukuj PDF

Rozmowa z Pawłem Herlem, byłym prezesem Fundacji na Rzecz Ziemi Milickiej, obecnie menedżerem krytej pływalni w Miliczu

Jest pan kłamcą „magellańskim”?
A co to ma niby oznaczać i kto to wymyślił?

Tak nazwał pana na swoim blogu starosta Piotr Lech. I napisał więcej, że za cenę żenującego kłamstwa „magellańskiego” kupił pan sobie nowe stanowisko pracy.
Tak napisał? No cóż, nie będę tego komentował. Każdy kto czyta ten blog wie, że jest to zwyczajnie narzędzie walki politycznej. Menedżerem basenu zostałem w efekcie wygranego otwartego konkursu, do którego stanąłem wraz z innymi kandydatami i wszystkie moje poprzednie stanowiska kierownicze pełniłem, wygrywając konkursy. Tylko raz, w 2007 roku, przegrałem konkurencję, starając się o stanowisko dyrektora połączonych szpitali w Miliczu. Dyrektorem została wówczas pani Hulacka, której nie udało się spełnić złożonych obietnic i bardzo szybko opuściła swoje stanowisko.

Od tamtego czasu był pan jednak aż do 25 lutego, gdy złożył pan rezygnację z funkcji prezesa Fundacji na rzecz Ziemi Milickiej, związany z milickim szpitalem. Pełnił pan w nim funkcje kierownicze, następnie był jego likwidatorem i uczestniczył czynnie w procesie komercjalizacji. To właśnie pan podpisał bardzo niekorzystną umowę kredytową z parabankiem Magellan.
Tak, to ja podpisałem tę umowę i biorę za to pełną odpowiedzialność w świetle faktu, że jej niepodpisanie położyłoby cały Plan B, w ramach którego szpital był przekształcany w spółkę. Tym samym przepadłoby 13,5 mln zł od państwa na spłatę zobowiązań publicznoprawnych szpitala i cały przygotowywany przez blisko dwa lata proces poszedłby na marne. Ale żeby było jasne – na pozostałych dwóch umowach z Magellanem, które warunkowały zawarcie porozumienia między fundacją i Magellanem, widnieją podpisy starosty Lecha i są one kontrasygnowane przez skarbnika powiatu.
Nie mogę natomiast brać odpowiedzialności za negocjacje z Magellanem i wcześniejsze z MW Trade odnośnie warunków udzielenia kredytu, gdyż zostałem z nich zwyczajnie wyłączony. Starosta Lech w tym celu powołał specjalną komisję i nigdy nie poznałem szczegółów tych negocjacji. 29 lipca 2010 roku zostałem jedynie przez starostę poproszony o wyjazd do Łodzi w celu podpisania umowy kredytowej. To było postawienie mnie przed faktem dokonanym i musiałbym wykazać się wielką nieodpowiedzialnością, gdybym odmówił tak naprawdę przypieczętowania sukcesu, jakim było wykonanie Planu B.

Nie miał więc pan żadnego wpływu na fakt, że zgodnie z umową Magellan zarobił lekką ręką na czysto blisko milion złotych z kasy powiatu? Przecież był to niemal lichwiarski kredyt.
Nie miałem żadnego udziału w negocjacjach z tym parabankiem. Jak już mówiłem, wykluczono mnie z nich. Wcześniej przez długi czas, ale tylko do pewnego momentu, brałem udział w negocjacjach kredytu na oddłużenie szpitala z podobną firmą – MW Trade. Proponowane przez nich warunki były znacznie korzystniejsze.

Dlaczego zatem nie zdecydowano się na tę ofertę?
MW Trade zaczęła twardo negocjować i zwlekać z podjęciem jednoznacznej decyzji z powodów wewnętrznych zmian personalnych. Moim zdaniem należało wówczas zaryzykować i powiat powinien na jakiś czas przejąć na siebie dług szpitala, a dopiero potem, już po uzyskaniu kredytu, przenieść jego obsługę na nowo utworzoną Fundację na rzecz Ziemi Milickiej. Taka operacja dawałaby już wtedy możliwość szukania kredytu w normalnych bankach komercyjnych, a nie w spółkach stworzonych specjalnie pod wdrażanie rządowego Planu B, które – owszem – pomagały, ale przy okazji nieźle na tym zarabiały. Zarząd Powiatu nie zdecydował się jednak na taki krok. Milion złotych dla Magellana było tak naprawdę ceną za otrzymanie 13,5 mln zł na oddłużenie szpitala w ramach Planu B.

Dlaczego jednak umowę z tą spółką podpisywano dosłownie „na wariata”? Jednego dnia w jej łódzkiej siedzibie zawarte zostały aż trzy porozumienia naraz. W jednym pan jako likwidator szpitala przekazał dług szpitalny na rzecz powiatu, w następnym powiat przekazał dług fundacji, której wtedy był pan już prezesem, i dopiero wówczas podpisano porozumienie w sprawie udzielenia kredytu.
W tamtym czasie zostały wprowadzone przez rząd nowe, znacznie skrócone terminy dotyczące Planu B i trzeba było się w nich zmieścić. W dużej mierze to podpisywanie umowy „na kolanie” wynikało właśnie z tego. Ja jednak jestem przekonany, że można było znacznie wcześniej podejść do tego z głową i znaleźć lepsze rozwiązanie – poszukać normalnego, komercyjnego banku. Był na to czas, jednak decydenci nie poszli w tym kierunku, a mnie, jak już wspomniałem, z procesu negocjacji zupełnie wyłączono. I bardzo szybko okazało się, że z Magellanem trzeba coś zrobić, trzeba go jak najszybciej spłacić, bo ten kredyt zwyczajnie zarżnąłby powiat. Wtedy jako prezes fundacji ogłosiłem przetarg na kredyt bankowy i zgłosił się Nordea Bank, z którym wynegocjowałem dużo korzystniejsze warunki kredytowania, dające realną możliwość wieloletniej spłaty kredytu. No i pozbyliśmy się Magellana, którego fundacja spłaciła z kredytu od Nordea Bank.

Na jednym z posiedzeń Rady Powiatu, na którym rozmawiano o fundacji, kredycie z banku i przekazaniu jej poszpitalnego mienia, pod pana nieobecność wicestarosta Szydełko stwierdził, że pan jako prezes fundacji nie ma w tych sprawach nic do powiedzenia, że o wszystkim decyduje Zarząd Powiatu. Faktycznie tak było?
Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że tak właśnie było. Moja współpraca z zarządem od pewnego momentu układała się coraz gorzej. Nie brano pod uwagę żadnych moich wniosków, nie odpowiadano na moje pisma, moje propozycje nie znajdowały żadnego uznania, a trzeba się było mierzyć z bardzo poważnym zagrożeniem, że przyjdzie moment, gdy fundacja nie będzie miała pieniędzy na dalszą obsługę kredytu. Informowałem o tym już od listopada 2011 roku. W tej sytuacji proponowałem, żeby bez żadnych kombinacji spłatą kredytu zajęła się spółka MCM, która dla banku była o wiele bardziej wiarygodnym klientem i która przecież płaciła fundacji comiesięczny czynsz za dzierżawę nieruchomości przyszpitalnych właśnie po to, by fundacja mogła chociaż w części spłacać kredyt. Wiem, że prezes Biardzki był skłonny podjąć się tego zadania, niestety Zarząd Powiatu zrezygnował z takiej opcji i wymyślono, że fundacja odsprzeda MCM-owi przyszpitalne nieruchomości za kwotę ustaloną w wycenie rynkowej uprawnionego rzeczoznawcy. Ostatecznie za ustaloną cenę 2,4 mln zł MCM zgodziło się spłacać kredyt w 30 miesięcznych ratach po 80 tys. zł. Ponieważ rata kredytu dla Nordea Bank wynosi ok. 120 tys. zł, resztę zgodził się dopłacać powiat. Można więc powiedzieć, że przez najbliższe 2,5 roku, o ile spółkę i powiat będzie stać na terminową spłatę, kredyt jest zabezpieczony. Ale co dalej?

Od początku było wiadomo, że fundacja będzie miała problemy ze zdobyciem pieniędzy na spłatę kredytu. O ile jej powołanie było rzeczywiście jakimś sposobem na zdjęcie poszpitalnego długu z barków powiatu, to jednak nie gwarantowało, że fundacja sama poradzi sobie z tym długiem. Jak pan dzisiaj ocenia jej powołanie?
Myślę, że może na tamten czas było to jakieś wyjście z sytuacji, chociaż ten pomysł nie ma sobie podobnych w kraju. To swoisty ewenement, a można wręcz powiedzieć, że pionierskie posunięcie. Jednak żeby fundacja mogła rzeczywiście funkcjonować i obsługiwać zadłużenie, potrzebne jest istotne poszerzenie jej działalności, bo te wszystkie zabiegi z przekazywaniem i odsprzedawaniem mienia i z karkołomnymi montażami finansowymi są tak naprawdę operacjami na krótką metę.

Fundacja otrzymała od powiatu w dzierżawę teren pod infrastrukturę przy powstającym w Miliczu zalewie. Jako prezes wystąpił pan z wnioskiem w ramach PO Ryby i otrzymał pan 1,5 mln dofinansowania na budowę tej infrastruktury, czyli jakiś zaczątek nowej działalności jest.
Tak, fundacja dzierżawi od powiatu za ok. 7,3 tys. zł rocznie teren, na którym ma być wybudowana infrastruktura przy zalewie. Za mojej kadencji faktycznie inwestycja ta otrzymała dofinansowanie, ale aż do dzisiaj nie udało się podpisać umowy w tym zakresie z Urzędem Marszałkowskim. Do tego potrzebne jest bowiem wykazanie się wkładem własnym. I o ile przystępując do wnioskowania o dotację, na koncie fundacji były pieniądze ze sprzedaży poszpitalnych kotłowni i spalarni, to gdy przyszło do podpisania umowy, konto świeciło już pustkami. Pieniądze poszły bowiem na raty kredytu i odsetki, a dodatkowo 800 tys. zł musiałem przekazać do kasy powiatu na realizację tzw. statutowych celów działalności fundacji. Kwotę tę następnie powiat przelał na konto spółki MCM w ramach obiecanej i zapisanej w jej biznesplanie dotacji. Dotacja ta miała w sumie wynosić 4 mln zł. Nie wiem, ile dotąd powiat dał spółce z tej obiecanej kwoty.

To w jaki sposób miał pan zdobyć pieniądze na wkład własny do unijnej dotacji?
Żeby zapiąć cały budżet inwestycji przy zalewie w kwocie 3,6 mln zł, fundacja potrzebowała tylko 500–700 tys. zł środków własnych. Ja uważałem, że kwotę tę powinna uzyskać w formie dotacji z budżetu powiatu. Zarząd nie zgadzał się jednak ze mną w tej kwestii. Do dzisiaj zatem fizycznie fundacja unijnych pieniędzy nie otrzymała.

Jak teraz, już z perspektywy opuszczonego fotela prezesa fundacji, ocenia pan to, co się działo i dzieje za drzwiami Zarządu Powiatu.
Powiem pani, że w ostatnich latach to właśnie ja z racji funkcji, które pełniłem, byłem zapewne najczęstszym gościem na posiedzeniach zarządu. I często były to bardzo gorące i owocne dyskusje. Jednak od pewnego czasu w tym gremium zaczęło brakować decyzyjności, a jeśli były podejmowane decyzje, to często okazywały się nietrafione. Uważam, że starosta otoczył się zbyt mało otwartym i zbyt pasywnym w długofalowym działaniu zespołem ludzi, za co pomału zaczyna płacić. Domyślam się, że jest to cena za utrzymanie kruchej większości w Radzie Powiatu.

IMG_3262

Strona 72 z 200